Kontrole w białoruskim akademiku

Wchodzę do akademika, jak zwykle ignorując portiera. W końcu jestem u siebie. Cofnij, nie tak prędko! Przecież wejście do budynku wymaga rozwiązania zagadki Sfinksa. Tak więc przedzieram się przez trzy pary podwójnych drzwi, trzy razy zgadując, które należy otworzyć. Lewe, prawe, prawe. Każdorazowo łamię sobie głowę nad kwestią „ciągnąć” ili „pchać”. Rosyjskie określenia „na siebie” i „od siebie” zdają się brzmieć bardzo przyjaźnie dla użytkownika, mimo to mylę strony za każdym razem. Nomenklaturę otwierania drzwi opanowałam wprawdzie w wielu językach tego świata, jednak w praktyce w niczym to nie pomaga.

Każde wejście do akademika to takie małe święto. W końcu szansa na złamanie drzwiowego szyfru za pierwszym razem jest jak jeden do Twojego roku urodzenia. Toteż idę pewnym krokiem, ignorując portiera. Tym samym pokazuję mu, że jestem tutejsza i nie mam zamiaru się nim przejmować. Jednocześnie coraz szybciej zbliżam się do upragnionej windy.

Dziś akurat portier postanowił zwrócić na siebie uwagę.

Dziewuszka! Dziewuszka!

Odwracam się powoli i patrzę na człowieka morderczo-zdziwionym wzrokiem. Dziewuszka? Jawna zniewaga! Dla portiera mogę być grafinią albo chociaż panią, co w białoruskim świecie uchodzi za polski tytuł szlachecki. W supermarkecie na mrożonkach pielmeni biorę zawsze „pańskie”, naiwnie licząc na dobrą jakość mięsa. Wyobrażam sobie, że za dziesięć kodów kreskowych odesłanych do producenta otrzymuje się koronę z papieru oraz sztućce pomalowane najtańszą farbą w kolorze złotym. No, ale co ten portier z tą dziewuszką? Toż to – niezbyt kulturalne moim zdaniem – zawołanie na lokalne kelnerki. Wypraszam sobie!

Patrzę na faceta z uniesionymi brwiami, czekając na to, co ma mi do powiedzenia.

Dziewuszka, propusk!

Że też przez dwa tygodnie dawali nam spokój, a teraz chcą kontrolować te śmieszne legitymacje. Grzebię w saszetce na paszport (z którym od wielu dni niemal się nie rozstaję) i wyciągam niebieski kartonik z moimi danymi wpisanymi cyrylicą. Chwileczkę, mam jeszcze zdjęcie. Oczywiście nieprzyklejone. Portier patrzy z politowaniem, śmieje się i puszcza mnie dalej.

* * *

Kiedy odbierałam legitymację kilka dni wcześniej, miła pani z sekretariatu nakazywała nie tylko przykleić fotografię, lecz także zalaminować całość. Posłusznie kiwałam głową, jednocześnie wiedząc, że na pewno nie wykonam polecenia. Przecież nie będę laminować legitymacji potrzebnej mi raptem przez drugą połowę miesiąca. Pierwsze dwa tygodnie zajęło wszak jej wyrobienie.

Na Białorusi nie ma bezrobocia. Jest za to bardzo rozbudowana biurokracja.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s